Memoriał Królaka – lubię się upodlić

Memoriał Królaka to taki wyścig z kategorii guilty pleasure. Wiem, że nie powinienem tego robić, bo przyjemności z tego żadnej nie ma, ale jednak fajnie byłoby wziąć udział w jakieś gonce. Nie ma na czym zawiesić oka i krajobraz ciągle taki sam, bo jeździ się w kółko po tej samej pętli. I tak 20 razy. A jednak, każdego roku rozpatruję ewentualny start w tych zawodach. Ostatnie dwa lata jednak nie brałem udziału w tym wyścigu. Z różnych powodów. Tym razem jednak chciałem wziąć udział. Głównie dlatego, bo chciałem sprawdzić jak Giant TCR sprawdza się w trochę trudniejszych warunkach niż trening i coffee ride. Dlatego 5 września zapakowałem rower do samochodu i wybrałem się na Tor Wyścigów Konnych na warszawskim Służewcu. I pomimo… a z resztą nieważne, o wszystkim dowiecie się z tekstu.

Zdjęcia, których użyłem pochodzą od Poland Bike Marathon, organizatora Memoriału Królaka i zostały użyte za jego zgodą. To tak w kwestii praw autorskich, aczkolwiek pod poszczególnymi zdjęciami i tak znajdziecie odpowiednie informacje 🙂

Zdjęcie: Poland Bike Marathom

XII Memoriał Królaka

To już dwunasta edycja tej imprezy. I druga, w której brałem udział – jeszcze do zeszłego roku wyścig ten odbywał się na Starym Mieście, jednak z niewiadomych dla mnie powodów przenieśli go na Służewiec. Pewnie jakbym poszukał w materiałach organizatora to znalazłbym wytłumaczenie. Ale kto ma na to czas?

Wraz ze zmianą lokalizacji trzeba było pożegnać się z brutalnym podjazdem ulicą Bednarską. Dlaczego brutalnym? Bo nie ma tam asfaltu, po prostu kocie łby. Nachylenie nie jest tam jakieś straszne i nawet po kilku okrążeniach da się go pokonać bez większego problemu. To kostka brukowa jest tam największym problemem i jednocześnie największym wyzwaniem. Ale to już było.

Trasa XII Memoriału, jak wspominałem wyżej, została poprowadzona po terenach toru na Służewcu. Pod pewnymi względami, była to trasa równie ciekawa, co te z lat poprzednich. A według mnie, pod kątem widzów była dużo lepsza. Wystarczyło się ustawić w dobrym miejscu i po przejściu zaledwie kilku kroków można było zobaczyć niemal cały wyścig. Oczywiście najciekawszy fragment był tuż przed metą, ale o tym będę pisał za chwilę.

Czy podobała mi się ta trasa? I tak i nie. Kryteria uliczne, a takim jest Memoriał Królaka, mają to do siebie, że nie jedzie się na nie – według mnie – by podziwiać widoki. To słodki element upodlenia się w kolarstwie, wyprucia z siebie każdej możliwej żyły i wypompowania każdej kropli adrenaliny. W każdym razie w moim przypadku, bo mocy w nogach od dawna nie mam (a raczej nigdy jej nie miałem). Dwa lata temu jak sprawdzałem, FTP miałem na poziomie 270 Watów. Teraz ćwiczę podobnie, ważę mniej, więc powinno być trochę lepiej, ale nie sprawdzałem ostatnio mojego FTP. Cóż, może niedługo trzeba będzie zrobić na nowo, żeby w przyszły sezon wejść z jakimś trochę lepiej nakreślonym planem. Ale nie o tym miałem pisać.

Memoriał Królaka
Zdjęcie: Poland Bike Marathon

Rano nie wiedziałem czy będę startował

O Memoriale Królaka wiedziałem od dawna, nawet zapisałem się na niego z kilkutygodniowym wyprzedzeniem. Chyba nawet w dniu rozpoczęcia rejestracji. Jednak aż do ostatniej chwili nie wiedziałem, czy chcę startować. Moje jazdy ostatnio to przede wszystkim dojazdy do pracy i od w weekendy ciut dłuższe trasy maksymalnie 100 kilometrowe. Po prostu brakuje mi czasu na więcej. I żadna z tych jazd to nie jakieś wybitne treningi. Ot, po prostu kręcenie kilometrów, rozglądanie się i rozmowy ze znajomymi. A Memoriał Królaka wymusza jednak jakieś treningi. Więc tak bez przygotowania pojechałem.

Sukcesem było to, że rower miałem w nienagannym stanie, za co odpowiadali panowie z WawaBike. Po śmierci łożysk w tylnym kole szybko załatwili nowe i wszystko złożyli tak, że nie mam się do czego przyczepić. Chociaż mam wrażenie, że jakbym dzisiaj przyszedł do nich ze sprzętem po Królaku to by mnie na widłach wynieśli. Po prostu poczekam z tydzień, może dwa. Pojeżdżę ze słuchawkami w uszach, żeby nie słyszeć ewentualnych dziwnych dźwięków. I po tym wszystkim przyjadę jak gdyby nigdy nic, tłumacząc, że stało się to podczas normalnej jazdy. Mam tylko nadzieję, że nie będą czytali mojego bloga do tego czasu.

Memoriał Królaka
Zdjęcie: Poland Bike Marathon

Już w sobotę córka przejawiały objawy przeziębienia. Dlatego w niedzielę miałem trochę wyrzutów sumienia, żeby zbierać się na wyścig. Na szczęście odbywał się on nieco później niż większość innych gonek, które z reguły zaczynają się w okolicy godziny 11. Tutaj start zaplanowany został na 16.30. Ostatecznie rower zapakowałem do samochodu o 14.50, a na miejsce dotarłem tuż przed zamknięciem biura zawodów. Na szczęście udało się jeszcze odebrać pakiet startowy. Chwila na jakieś luźne pokręcenie, a i tak na linii startu ustawiłem się całkiem wychłodzony. Cóż, taki lajf czy inny life.

No i poszły konie po betonie

Ponoć na starcie było trochę ponad 50 zawodników. Dużo to i mało. Biorąc pod uwagę ile osób jeździ szosą w różnych grupach kolarskich w Warszawie to mało. Z drugiej strony, wszyscy mówią, że Memoriał Królaka to piekło, dlatego nie powinno nikogo dziwić brak większej liczby osób na starcie. Z resztą, gdyby na tym torze pojawiło się więcej osób mogłoby być znacznie ciaśniej i doszłoby do jakichś poważniejszych wypadków.

Brakowało mi ścigania się. Nawet kiedy nie jestem w optymalnej dyspozycji, będąc lekko podziębionym, w moich żyłach zaczęła krążyć ta lekka ekscytacja związana ze startem. To takie sympatyczne uczucie, które zawsze lubiłem – nawet wtedy, kiedy startowałem w dużych imprezach karate czy kendo. Zapomniałem jak bardzo mi go brakowało. Plan na start był prosty – dojechać do mety najszybciej jak to możliwe. Jednak kiepskie ustawienie się na linii startu już z miejsca pokrzyżowało mój plan trzymania się na tyłach głównej grupy. Tuż po starcie następował ciut dłuższy odcinek, na którym mogło zmieścić się dwóch, może trzech kolarzy. Plan trzymania się głównej grupy skończył się, zanim się tak naprawdę zaczął.

Może być zdjęciem przedstawiającym co najmniej jedna osoba, ludzie jadą na rowerach, ludzie stoją, rower i droga
Zdjęcie: Poland Bike Marathon

W takim razie przyszła kolei na plan B – jechać swoje i zobaczyć na ile pozwala mi mój organizm w tej chwili. Jak wspominałem wyżej (chyba), trasa była nieco techniczna. Po zwężonym odcinku następował skręt w lewo, zjazd i ostry skręt w prawo na długi segment asfaltu. Kiedy wyjechałem na niego od razu zobaczyłem jaka różnica się zrobiła, spokojnie 30 sekund. Nie do odrobienia. Ale cóż, zapłaciło się za start to trzeba jechać, szkoda zmarnować pieniądze, żeby po 200 metrach zejść z trasy.

Zacząłem wyprzedzać pojedyncze osoby, których dyspozycja tego dnia była słabsza ode mnie. Nie było ich dużo, może z 5 czy 6. Gdzieś na horyzoncie zobaczyłem trzyosobową grupkę i obrałem sobie za cel dojechanie do niej. Czy mi się to udało?

Memoriał Królaka pokazał, że moja dyspozycja była lepsza niż przewidywałem

Pierwsza połowa sekcji asfaltowej kończyła się nawrotką o 180 stopni. Tutaj kluczowe było odpowiednie wejście w ten zakręt. Potem długa prosta, zakończona lekkimi zakrętami. Jeśli ktoś nie miał mocy w nogach to właśnie na tych dwóch prostych odpadał i mógł zapomnieć o jakiejkolwiek walce. Jednak najciekawszy fragment, w każdym razie w moim odczuciu, zaczynał się tuż przed wjazdem na metę. Ostry zakręt w lewo zakończony lekkim uniesieniem terenu, na którym położone były płyty utrudniające jazdę. A całość zwieńczona wyższym krawężnikiem. Na pierwszym okrążeniu zupełnie o nim zapomniałem, przez co całym impetem uderzyłem przednim kołem i… na szczęście nie przebiłem dętki. Aczkolwiek kolejne 400 metrów to było ciągłe doglądanie czy wszystko jest w porządku, bo obawa została.

Memoriał Królaka
Zdjęcie: Poland Bike Marathon

Ale nic się nie wydarzyło, na szczęście. Drugie okrążenie to ciągłe minimalizowanie strat do osób, które widziałem z daleka. I ostatecznie, po nawrotce udało mi się do nich dojechać. Szczerze mówiąc, trochę mnie to zaskoczyło, bo nie spodziewałem się, że pójdzie to tak szybko. Założyłem sobie jeszcze dwa lub trzy kółka samotnej jazdy, a tutaj proszę – już załatwione. Usiadłem sobie na ich kole i chwilę odpocząłem, żeby zebrać siły na dalszą jazdę i na nowo ułożyć sobie jakiś plan.

Plan okazał się prosty, acz skuteczny. Jechać swoje i zobaczyć na ile mi to pozwoli. Plus poprawiać jazdę w zakrętach, w szczególności tych trudniejszych i bardziej technicznych oraz pamiętać o tym nieszczęsnym krawężniku. No i to faktycznie zaczęło działać. W dodatku, zauważyłem, że jestem w stanie przeskoczyć ten krawężnik bunny hopem. Normalnie jestem Peter Sagan.gif.

Jak będziesz duży to też tak będziesz umiał

Ale nie. Bo brakuje mi kilkuset watów mocy i dużo lepszych umiejętności technicznych. W każdym razie umiem przeskoczyć nad krawężnikiem i to już jest coś. Brzmi głupio, ale pierwszy raz wielokrotnie robiłem takie rzeczy podczas wyścigu w pełnym pędzie.

W ogóle jakoś wyjątkowo dobrze technicznie jechałem (albo osoby jadące w moim mini grupetto wyjątkowo słabo – ale osobiście wolę wierzyć w to pierwsze). Po każdym technicznym fragmencie zyskiwałem mniejszą bądź większą przewagę i gdybym miał więcej mocy w nogach to bym się od nich oderwał. No, ale gdyby babcia miała wąsy, to by była dziadkiem.

Ogólnie to brakowało mi trochę współpracy

Problemem mojej grupki było to, że nie było jakiejkolwiek współpracy. Gdybyśmy ładnie pracowali na zmianie, dawali je szybkie i mocne, to może coś by nawet z tego wyszło. Bo w pewnym momencie widziałem, że główna grupa trochę się uspokoiła i utrzymywaliśmy stały dystans. Niestety, w którymś momencie poszedł mocniejszy zaciąg w tamtej grupie i już tylko traciliśmy. Co prawda na 6 czy 7 okrążeniu udało nam się złapać jeszcze kilka osób. Jednocześnie łapiąc dubla.

Cóż, na pewne rzeczy nic się nie poradzi, nie spodziewałem się jednak tego dubla przed połową wyścigu. Planowałem go raczej na 11 kółko. Tym, co mnie nieco zniesmaczyło była próba podłączenia się jednej czy dwóch osób z mojej grupki do głównego peletonu. Może i jest to logiczne, ale czy uczciwe? Według mnie nie, ale nie mi to oceniać.

Zdjęcie: Poland Bike Marathon

Kilkukrotnie zachęcałem osoby ze mną jadące do współpracy, niestety bezskutecznie. Dlatego coraz częściej, na tych technicznych sekcjach starałem się uciekać, próbować jakieś indywidualnej akcji. Tym bardziej, że w niektórych zakrętach było nieco piasku i widziałem, że niektórzy kiepsko sobie z tym radzili. W tym roku miałem już kilka przecierek i wolałem uniknąć kolejnych. No i sobie tak jechaliśmy do 14 okrążenia.

Saganem to ja nie będę

Memoriał Królaka, jak z resztą każde kryterium, to ciągła jazda w kółko. Te same zakręty i przeszkody pokonywane są, w tym wypadku 20 razy. Nad krawężnikiem skakałem już 12, a 13 okazał się pechowy. Nie wiem, co tam poszło nie tak, bo zrobiłem go tak samo jak za każdym poprzednim razem. Techniczny “podjazd” po kiepskiej nawierzchni pokonałem pierwszy. Przed zakrętem redukcja o dwa przełożenia, szybkie pokonanie przewyższenia (ale epicko to brzmi) i bunny hop. Chyba za nisko poderwałem tylne koło, bo przednie poszło dobrze. Usłyszałem uderzenie, ewidentnie dobiłem obręcz o krawężnik, bo inaczej nie byłoby tego dźwięku. Myślę sobie, że za pierwszym razem się udało nie przebić przy takim uderzeniu. Pokonuję zakręt jak za każdym poprzednim razem, ale ewidentnie jest coś nie tak.

Naciskam hamulec i patrzę na tylne koło. W głowie tylko jedna myśl – “ej, za dobrze mi się jedzie. Nie zawiedź mnie”. Na co dostaję odpowiedź:

lol nope (@atcweirdo) | Twitter
Mam wrażenie, że wiele osób może nie pamiętać tego mema

Dogania mnie jeden z chłopaków, z którymi jechałem i mówi, że chyba przebiłem dętkę. Wiedziałem o tym już od jakichś 200 metrów, ale to jedno zdanie, wypowiedziane zapewne z troski (o to, żebym się przed nim nie położył w zakręcie, a jak!) sprowadziło mnie na ziemię. Naciskam hamulec i tak kończę Memoriał Królaka.

Memoriał Królaka to taka impreza 10/10

Myślę, że nagłówek tego akapitu mówi wszystko. Lubię ten wyścig, lubiłem nawet kiedy był na Starym Mieście, chociaż miałem okazję jechać go tylko raz. Mam nadzieję, że w przyszłym roku Memoriał Królaka także zagości na torze wyścigów konnych. Ta trasa ma duży potencjał i – z mojego punktu widzenia – jest bardziej atrakcyjna dla widzów. Oczywiście, starówka wygląda lepiej na zdjęciach, ale to ścigamy się nie tylko dla siebie i zdjęć, ale także żeby zapewnić jakąś frajdę ludziom, którzy to oglądają. W każdym razie ja z takiego założenia wychodzę. Za rok plan jest prosty – przyjechać z główną grupą. I z tym nastawieniem zabieram się do treningów.

Memoriał Królaka
Zdjęcie: Poland Bike Marathon
0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments